Amerykanie nam nie pomogą, jeśli sami sobie nie pomożemy
Wydaje mi się, że wyręczenie Polaków w śledztwie przez Amerykanów i doprowadzenie do skazania rzekomych zdrajców i spiskowców, łącznie z wierchuszką polityczną Federacji Rosyjskiej, która – w przypadku wykrycia zamachu – była stroną, co najmniej kooperującą z mordercami, jeśli po prostu nie inspiratorem feralnego lotu i katastrofy jest mrzonką oraz naiwnym political fiction. Zgodnie z prawem Murphy’ego – jeśli coś może pójść źle, to na pewno pójdzie – nie powinniśmy w ogóle liczyć na taki scenariusz.
Gwarant światowego porządku
Jako, że Stany Zjednoczone były od dziesięcioleci gwarantem globalnego ładu – czy się to komuś podoba, czy nie – możemy pokładać w Kongresie jakieś nadzieje. Ale bez przesady – skoro polski rząd nie potrafi (nie chce) zająć się sprawą wypadku, polscy wyborcy dają obozowi rządzącemu 30, 40% procent poparcia znaczy to, że państwo polskie jest tak naprawdę bezsilne w materii casusu katastrofy smoleńskiej. To najpierw my sami powinniśmy zmienić władzę, zająć się przeprowadzeniem postępowania sądowego jeszcze raz, przejrzeć materiały wywiadu i kontrwywiadu, wydobyć z Moskwy prawdziwe zeznania świadków, szczątki samolotu, przeprowadzić niezbędne autopsje, itd. Na jakiej zasadzie obce mocarstwo miałoby kierować polską judykaturą? Na zasadzie kuratora sądowego?
Poskarżymy się Ameryce
Ruch Jarosława Kaczyńskiego, żeby poinformować kongres o problemach ze Smoleńskiem jest o tyle dobry, że widać jaki jest odzew ze strony obozu rządzącego. Graś spanikował, najprawdopodobniej na moment przestał się kontrolować. Niemniej nie można pozwolić, żeby Polska na kolanach błagała o pomoc z Zachodu, bo i tak jej nie dostanie. Należy przeprowadzić rozsądną kampanię PR przeciwko rządowi, atakując trzy słabe punkty – sytuację gospodarczą w Polsce, zbytnią zależność od układu sił w Europie oraz na Smoleńsk.
Politycy opozycji powinni bezlitośnie i spokojnie punktować rząd Tuska, aby wybory parlamentarne nie zakończyły się zwycięstwem koalicji PO-SLD na co się nieuchronnie zanosi. Dzisiaj wydaje się, że Prawo i Sprawiedliwość słabnie – nie jest powiedziane, że rozłamowcy wylecieli z PIS za kolaborację ze Schetyną czy Palikotem, czy po prostu sprzeniewierzyli się woli Jarosława Kaczyńskiego i fakcji „twardogłowych buldogów”.
Tusk jest nadal silnym graczem
Wydaje się, że opozycja wobec Tuska powinna stworzyć jedną formację, która mogłaby składać się z kilku niezależnych partii. Będzie ciężko, bo przedstawiciele obozu prawicowego są tak przywiązani każdy do swoich poglądów, że właściwie można powiedzieć, że co polityk to własny program, gdzie nie ma miejsca na ustępstwa.
Szansa dla obozu antyrządowego
Chodzi także o sformułowanie opozycji wokoło partii prawicowych i centrowych, która będzie mówiła rozsądnym językiem, bez awanturnictwa i odwoływania się do populistyczno-sarmackich haseł. W przeciwnym razie koalicja partii czy stronnictw opozycyjnych będzie wrażliwa na ataki, jak kilkudniowe niemowlę na zarazki – oskarżenie o polowanie na czarownice, fanatyzm oraz manię prześladowczą będzie tym, za co służby specjalne i reżymowa prasa wezmą się na samym początku. Na dzień dzisiejszy pora czekać na to, co powstanie ze stronnictwa rozłamowców i jak zareaguje na to PIS. Dwa najlepsze scenariusze, to powrót posłów do PIS oraz stworzenie dwóch partii, które potrafią ze sobą rozmawiać i są w stanie przejąć władzę po Tusku. Dopiero przy takim założeniu jest sens zajmować głowy amerykańskich kongresmanów wypadkami pod Smoleńskiem.




